Fragment rozdziału "Loteria"
Loteria, loteria to szczodry sen, który daje pocieszenie neapolitańskiej fantazji, to idée fixe tych rozpalonych umysłów, to wielka szczęśliwa wizja, która syci uciemiężony lud; to wielkie rojenie, które bierze dusze w posiadanie.
----
Ta choroba ducha jest bardzo zaraźliwa – zakażenie jest delikatne, lecz niezawodne, nie do uniknięcia, a jej siły rażenia nie da się przewidzieć. Zaraza loterii przenosi się od szewca dozorcy, który siedzi na swej ławce przed bramą, na biedną szwaczkę przynoszącą mu stare buty do podzelowania; od niej na jej narzeczonego, chłopca z tawerny, który zaraża karczmarza, a ten z kolei przekazuje zarazę wszystkim gościom, rozsiewającym ją w domach, warsztatach i innych karczmach, aż po kościoły.
Służąca z piątego piętra po prawej gra z nadzieją, że nie będzie już służącą; ale wszystkie służące ze wszystkich pięter grają – tak pokojówka z pierwszego zarabiająca trzydzieści lirów miesięcznie, jak i vajassa z szóstego, służąca do wszystkiego, która dostaje osiem – bo mają nadzieję, że porzucą tę ciężką służbę; i podają sobie swoje liczby, szeptają na półpiętrze, wypowiadają je do siebie z okna, przekazują na migi. Gra handlarka owoców wystająca w słońcu i deszczu, a idąc od rogu ulicy w dół: żona krawca, który szyje, siedząc w bramie, żona blacharza przyduszona oparami ołowiu, praczka całymi dniami mocząca ręce w mydlinach, kobieta sprzedająca kasztany, której dłonie aż po przeguby są czarne od kwasu galusowego. Wszystkie te kobiety wierzą w loterię, grają na loterii wytrwale i z zapałem.
W ciasnej izdebce, gdzie pracuje osiem czy dziesięć szwaczek i dziecko jednej z nich śpi w kołysce, a w kącie na piecyku w rondelku topi się słonina, jedna podaje liczby, druga ma inne, ale maesta, szefowa, zna te prawdziwe; one wszystkie grają.
Fryzjerki pospólstwa, tak zwane capere, które czeszą cały dzień za solda w fartuchu zrolowanym za pasem, z włosami w nieładzie i brudnymi rękami, roznoszą szczęśliwe liczby wśród klientów, dostając w zamian inne; są heroldami liczb. We wszystkich warsztatach, gdzie neapolitańscy robotnicy wykonują tak samo długą, źle opłacaną pracę, loteria głęboko zapuszcza korzenie; we wszystkich szkołach ludowych grają nauczycielki i grają starsze uczennice, grupowo, składając pieniądze przeznaczone na śniadanie. Tam, gdzie gromadzą się kobiety żyjące z grzechu, których w Neapolu jest tak wiele, loteria to jedna z największych nadziei – nadzieja na wybawienie.
-------------
Ale nie myślcie, że choroba dotyka tylko klasy niższe. Nie, ona się wznosi, atakuje klasę średnią, opanowuje mieszczaństwo, wszelkie zawody, i dociera aż do arystokracji. Tam, gdzie jest jakaś prawdziwa potrzeba utrzymywana w tajemnicy, gdzie pojawia się rozchwianie, którego nic nie może przywrócić do równowagi, gdzie nadchodzi ruina ukrywana, lecz nieunikniona, gdzie rodzą się pragnienia niemożliwe do spełnienia, gdzie najbardziej odczuwa się twardość życia i gdzie tylko pieniądz może stanowić remedium – tam właśnie loteria przejmuje władzę i panuje.
Po kryjomu grają wszystkie panny na wydaniu niemające ani grosza posagu; grają urzędnicy ratusza i banków, lokalnej administracji, urzędu podatkowego; wszyscy emeryci, którym emerytura nie starcza na życie i którzy, nie mając nic innego do roboty, zgłębiają kabałę, sztukę loteryjnej magii, grają desperacko, pożyczając pod zastaw swoje „książeczki pracy”*; wszyscy sprzedawcy sklepowi, zarabiający czterdzieści lirów miesięcznie, znają liczby pewne i obstawiają je co tydzień. Duży przychód loterii zapewniają sędziowie – nędznie opłacani, mający reprezentować nieskazitelną uczciwość, wystawieni na pokusy, którym się opierają ze stanowczością godną wielkiej nagrody, ale obarczeni licznym potomstwem, zrujnowani przez przeprowadzki – w tej słabości, w loterii, upatrują jedynej nadziei.
Drobni kupcy, wciąż zmagający się z płatnościami i walczący każdego dnia o przetrwanie, w końcu uczepiają się tego jakże niepewnego środka – loterii; wielcy gracze giełdowi, balansujący na linie i gotowi tańczyć na niej walca, w swej gorączce chętnie smakują nadzieję, jaką daje loteria.
Znam wszystkie te objawy choroby zarażającej też klasę panującą, bo je widziałam, o nich słyszałam, bo je wyczuwam i rozumiem.
Arystokratki grają trochę dla zabawy, trochę z nadzieją na nową bransoletkę, a czasem z powodu rachunku od krawcowej, którego mąż nie chce zapłacić. Nawet ci, którzy powinni być uodpornieni, bo trwają w środku tego zła, czyli postieri, urzędnicy kolektur loteryjnych, nie potrafią oprzeć się pokusie. A zatem w sobotę o czwartej wszyscy najbardziej chorzy nie mogą się doczekać i podążają do biura loterii w wąskiej uliczce między via Pignatelli a via di Santa Chiara, aby osobiście obserwować losowanie liczb.
Jednak służące, handlarki, robotnice, robotnicy i urzędnicy nie mogą odejść z miejsca pracy. A wtedy jakiś chłopak biegnie do loterii po liczby, bo przecież wszyscy czekają. Bardziej zdecydowani stają w drzwiach lub oknach, bardziej wstydliwi czekają wewnątrz, nadstawiając ucha. A chłopiec wraca biegiem, podniecony, i już od wejścia w zaułek krzyczy donośnie:
„Dwadzieścia cztery!”
„Sześćdziesiąt dziewięć!”
„Czterdzieści!”
„Osiem!”
„Siedemdziesiąt pięć!”
Ogólna cisza. Wszyscy bledną.
-------------
Lecz jak wszystkie sny zbyt oczywiste loteria prowadzi do bezczynności i gnuśności; jak wszystkie mrzonki prowadzi do fałszu i kłamstwa; jak wszystkie rojenia wiedzie ku okrucieństwu i przemocy; jak wszystkie pseudolekarstwa, będące owocem biedy, pomnaża nędzę, upadek i przestępczość. Neapolitański lud jest trzeźwy, nie uzależnia się od wódki, nie umiera na delirium tremens, ale uzależnia się i umiera z powodu loterii. Loteria to wódka Neapolu.