Nie ma drugiego takiego terminu obecnego w życiu publicznym, który by nie budził tak skrajnych emocji, nie rozgrzewał temperatury politycznych dyskusji do czerwoności jak państwo. I zarazem nie wywoływał tak przemożnej chęci nie tylko opisywania czy wyrokowania o jego przyszłych losach, ale i reformowania. To, że tkwimy w państwie, że do niego przynależymy w tej bądź innej formie, jest jasne. Mniej natomiast to, że tkwi ono w każdym z nas. Że jest niczym nasz mentalny stos pacierzowy. Niechciane czy nielubiane, państwo towarzyszy nam przecież od kołyski po grób.
Miotanie się intelektualne między Państwem Platona a Polityką Arystotelesa, a więc dwiema wyjściowymi konstrukcjami filozoficznymi, które do dzisiaj odciskają swoje piętno na zachodnim postrzeganiu państwa, odwraca siłą rzeczy uwagę od innych perspektyw, od innych punktów widzenia i, co tutaj najważniejsze, od innych dróg urzeczywistniania życia człowieka w społeczności. Mówiąc wprost: od innego podejścia do potrzeby życia jednostki w zbiorowości. Musi stąd skłaniać do zastanowienia to spostrzeżenie, że w myśli politycznej Chin nie znajdziemy opasłych traktatów o pochodzeniu i ustroju państwa ani też deliberacji pełnych dzielenia włosa na czworo na temat zagrożenia swobód obywatelskich, które niesie ze sobą jego istnienie. Państwo jest tutaj bytem naturalnym, takim jak – przyrodniczo nie przymierzając – słońce i deszcz. Czyż jest zatem sens marnować swój czas, zdaje się pytać Konfucjusz w Dialogach, na intelektualne zmagania z przyrodą, na którą i tak przecież nie mamy wpływu?
Zachowując w pamięci rzeczoną przesłankę, łatwiej przyjdzie tu sformułować tezę, że czynnikiem znacząco spajającym społeczeństwo bądź, jeszcze inaczej, czyniącym je odpornym (resilient society) na przeróżne infekcje dziejowe jest wdrukowanie w jego fenotyp systemu wartości praktykowanych nie wertykalnie, ale właśnie horyzontalnie. Poleganie wzajem na sobie wypływające z wewnętrznego przekonania, a nie zdawania się na (in)visible hand państwa.
Przy wszystkich (nie)wypowiedzianych zaletach konfucjanizmu trudno mimo to zamknąć oczy na fakt, że socjalizacja w jego duchu nie stanowi non plus ultra w rozwoju społeczeństw. Gdyby bowiem miało tak być, nie obserwowalibyśmy przecież tak typowego dla Wschodu myślenia kolektywistycznego, potrzebnego co prawda do sprawnej budowy Wielkiego Muru, ale niezapewniającego wsparcia dla charakteryzującej Zachód chęci podejmowania przez jednostki ryzyka będącego z kolei kołem zamachowym postępu cywilizacyjnego. Najwyraźniej genius loci chętniej jednak unosi się nad krainą indywidualistów.
0.00 zł