EN

Kruso

Przekład: Dorota Stroińska

Seria: Seria z Żurawiem

Liczba stron: 284 Format: 13,7x20,5cm Rok wydania: 2017
FINAŁ LITERACKIEJ NAGRODY EUROPY ŚRODKOWEJ ANGELUS!

Robinson Crusoe ponad 300 lat później, z niemieckim akcentem oraz w rzeczywistości bliższej nam zarówno geograficznie, jak i historycznie, to debiutancka powieść utytułowanego poety Lutza Seilera.

Opis książki

FINAŁ LITERACKIEJ NAGRODY EUROPY ŚRODKOWEJ ANGELUS
 
Ponad 350 000 sprzedanych egzemplarzy w Niemczech! Prawa do tłumaczenia zakupione w ponad 20 krajach.

Czytając Kruso, nie wyrusza się w podróż na bezludną wyspę. Razem z głównym bohaterem, Edem, docieramy do Hiddensse położonej na morzu zdecydowanie zimniejszym niż karaibskie. Bałtycki kurort, rozsławiony przez artystów jako najbardziej magiczne ze wszystkich niemieckich kąpielisk, staje się miejscem, w którym rozgrywają się przełomowe wydarzenia w życiu Eda. Seiler nieprzypadkowo wybiera mityczną „oazę wolności NRD”, aby ukazać w niej przygody zatrudnionych w zmywalni U Klausnera – jako pracownik sezonowy spędził tam lato 1989 roku i od tego momentu uznaje ją za najpiękniejszą wyspę na świecie.

Niezwykle lirycznym i zmysłowym językiem poeta potwierdza swoje zdanie na temat Hiddensee; skutecznie rozbudowuje jej legendę, czyniąc z miejsca akcji symbol wolności i przemian. Ponadto, zaprasza na wyspę całą śmietankę literacką - kelnera Rimbauda, lodziarza Rilkego, duńskiego archiwistę cytującego Heinego oraz innych bohaterów mówiących Nietzschem czy Dostojewskim. Wszechobecna intertekstualność, a także różnorodność sposobów prowadzenia narracji, nie tylko mnoży konteksty interpretacyjne, ale również sprawia, że każdy czytelnik odnajdzie w Kruso coś dla siebie.

Ed znajduje na wyspie Krusa, z którym zaprzyjaźnia się, który staje się jego mentorem i który wtajemnicza go w życie wspólnoty „rozbitków”, czyli ludzi migrujących w poszukiwaniu wolności.
Na Wschodzie zabiera ją ustrój komunistyczny, na Zachodzie postępująca cywilizacja, a wewnętrznie - ograniczenia mentalne.

Kruso można porównać do latarni morskiej, toteż nieprzypadkowo znajdziemy ją na okładce. Jest to książka, która naprowadza na różnorodne tematy i porusza wiele przemilczanych kwestii i robi to w sposób zgodny z tradycyjnie pojmowaną uczciwością intelektualną. Swoim światłem nie tylko przywołuje inne dzieła, ale przede wszystkim przypomina, że każdy z nas ma w sobie coś z „rozbitka” i powinien znaleźć własną „wyspę wolności”.

„Dzięki debiutanckiej powieści dojrzały poeta, jakim jest Seiler, od razu trafia do pierwszej ligi niemieckich pisarzy” Die Zeit

„Kruso to pierwsza poważna literacka odpowiedź na Czarodziejską górę Tomasza Manna” Der Spiegel

„Po prostu przeczytajcie tę niezwykle poetycką powieść!” Zeit Online

„Powieść Seilera jest liryczna i napisana z niezwykłą siłą. Już w tym momencie należy ją zaliczyć do największych dzieł współczesnej literatury niemieckojęzycznej” WDR

„Ta powieść ma wymiar historyczno-polityczny. To medytacja na temat różnych form wolności, wspaniały poetycki głos na temat konkretnej sytuacji politycznej. Bez wątpienia wielka literatura.” 3 Sat Kulturzeit

„Kruso przekształca poetyckie frazy w mięsistą prozę, przedstawiającą wydarzenia historycznego lata 1989 roku.” Süddeutsche Zeitung

„Seiler niczym reżyser z wirtuozerią kreuje świat małej wysepki na Bałtyku. Dzięki językowi jego powieści ze szczególną mocą wybrzmiewa natomiast temat wolności.” WELT am Sonntag


Lutz Seiler urodził się w 1963 roku w Gerze w Turyngii, mieszka w Wilhelmshorst  i w  Sztokholmie. Zdobył kwalifikacje robotnika budowlanego, pracował jako cieśla i murarz. W roku 1990 ukończył germanistykę w Berlinie. Seiler zyskał rozgłos dzięki swoim utworom poetyckim. Za swoją twórczość otrzymał wiele nagród, m.in. Nagrodę im. Ingeborgi Bachmann, Bremeńską Nagrodę Literacką i Nagrodę im. Theodora Fontane. Wydana w 2014 roku pierwsza powieść „Kruso” została niezwykle przychylnie przyjęta przez czytelników i krytyków literackich. Otrzymała także Niemiecką Nagrodę Literacką.


Fragment rozdziału "WYSPA"

Odmowę najczęściej dostawał natychmiast. Ktoś, przechodząc, rzucał: „Wszystko zajęte!”, kilka podniesionych głów, gdy Ed dziękował półgłosem i jak najszybciej się oddalał, z pięścią zaciśniętą na przepoconym rzemieniu torby ze skaju. 

Zszedł na ląd na północy i wędrował na południe, po jakichś sześciu kilometrach pokonał tę trasę jeszcze raz w odwrotnym kierunku. Wyspa była miejscami tak wąska, że po obu stronach widać było wodę. Po lewej morze ze srebra, po prawej zalew, granatowe szkło, prawie czarne. Chmury zdawały się płynąć niżej niż zwykle, i przez chwilę Ed przyglądał się ich dziwnie wydłużonym kształtom. Podczas gdy horyzontu przybywało, odległość do nieba malała, jeden wymiar wypierał drugi. Pod koniec dnia, kiedy zaczął już tracić nadzieję, było mu prawie wszystko jedno, gdy po raz kolejny zadawał pytanie: „Czy może znalazłoby się jakieś zajęcie dla mnie? Ale potrzebuję też pokoju”.

W lokalu o nazwie Norderende zaproponowano mu 1,40 marki za godzinę, za wszelkiego rodzaju prace, jak się zwykło mówić, „ale bez noclegu”. Trochę dalej na uboczu stało kilka wycofanych z użytku koszy plażowych. Edowi spodobał się wyblakły błękit markiz, był to kolor lenistwa, lipiec, słońce na twarzy. Podczas gdy kierownik, wyraźnie w złym humorze, wymienił z nim kilka zdań (pierwsza rozmowa Eda na wyspie), obok nich przemknęło dwóch mężczyzn, ze zwieszonymi głowami, jakby obawiali się utraty pracy. Przez chwilę Ed trwał jeszcze w bezruchu między kubłami śmieci a skrzynkami z napojami. Nawet nie zauważył, jak przyjął korną postawę żebraka.

Ruszył dalej, a wtedy jeden z pracowników zawołał coś za nim przez przymknięte drzwi magazynu, tak że Ed nie mógł rozpoznać mężczyzny. Wszystko, co zrozumiał, to słowo „Klausner”, a potem „Crusoe, Crusoe- – – -”, jakby przekazywał Edowi jakąś tajną wiadomość. Prawdopodobniejsze było jednak to, że mężczyzna chciał sobie z niego zakpić tą starą opowieścią o rozbitku.
Zapadł już zmierzch i w domach zapaliły się światła. Pod ciężarem bagażu Ed musiał iść stale nieco skrzywiony. Pasek torby, o wiele za wąski, wrzynał mu się w ciało, sztuczna skóra była popękana. Zastanawiał się, czy nie odstawić gdzieś torby, albo jeszcze lepiej: ukryć ją w którymś z przydrożnych krzaków rokitnika. Z pewnością źle pytał o pracę, źle i głupio, jakby nie należał do tego samego społeczeństwa. Tutaj miało się pracę, nikt o nią nie musiał prosić, a już na pewno chodząc od domu do domu, ze zniszczoną torbą na ramieniu. Pracą jak dowodem osobistym trzeba było się w każdej chwili móc wylegitymować; jej brak był sprzeczny z prawem, a więc podlegał karze. Ed domyślił się, że na tak zadane pytanie nikt nie mógł odpowiedzieć przychylnie, wprost przeciwnie – uznawano je za prowokację. I człapiąc dalej przed siebie, z o wiele za ciężką torbą, ułożył sobie to pytanie na nowo: Czy może potrzebna jest państwu jeszcze jakaś dodatkowa pomoc w tym sezonie?

Wszystko zależało od doboru słów.

Przechodząc przez miejscowość o nazwie Kloster, najbardziej wysuniętą na północ wieś na wyspie, natknął się na kilku urlopowiczów. Od razu poprosił ich o nocleg. Zaśmiali się, jak z niezłego żartu, i na drogę pożyczyli mu „wszelkiego szczęścia, jakie tylko istnieje na tym świecie”. Mijał właśnie szereg ładnych, starych domów z drewna. Mężczyzna w wieku jego ojca zwymyślał go z balkonu, kilkakrotnie wznosząc butelkę piwa w powietrze gwałtownym szarpnięciem. Najwidoczniej był tak pijany, żeby bez problemu rozpoznać przybłędę. Czy nie potrzebuje pan może kogoś do pomocy w kuchni? Mam akurat trochę czasu.

Od kelnera z winiarni Offenbach-Stuben (wszędzie rozglądał się za bródką à la Marks) wiedział, że spanie na plaży może być niebezpieczne ze względu na patrole graniczne. Znajdą go pogrążonego we śnie, poświecą mu latarką punktową w twarz i wypytają o plan ucieczki. Pobyt w strefie przygranicznej bez przepustki i noclegu był zabroniony. Kontrolerzy na parowcu nie zawracali sobie tym specjalnie głowy, pasażerów jadących na wyspę porannym promem uznawali za jednodniowych turystów. Ważne było, żeby w razie pytań mieć przygotowaną jakąś historyjkę, podać jakieś nazwisko, jakiś adres. Naturalista Gerhard Hauptmann twierdził, że wszyscy ludzie na wyspie nazywają się albo Schluck, albo Jau, że właściwie żyją tu tylko te dwie rodziny: Schluck i Jau. Ed nie ufał tym nazwiskom, sprawiały wrażenie niewiarygodnych, zmyślonych. Tak, w literaturze może były prawdopodobne, ale nie w życiu.

W porcie w Stralsundzie zajrzał do książki telefonicznej, wybrał nazwisko Weidner i nabazgrał je na kartce, którą, dokładnie złożoną, nosił przy sobie: rodzina Weidnerów, Kloster nr 42.

– Czy przypadkiem nie znajdzie się jakaś praca w zakładzie gastronomicznym?

Zdanie jak z drewna.

I prawdopodobnie widać było po nim, że tylko chciał się ukryć, tylko zniknąć jak kamień w wodę, że w gruncie rzeczy przeżył życiowy krach, osiadł na mieliźnie, wrak, dopiero dwadzieścia cztery lata, a już wrak. Nocleg na plaży nie wchodził w grę, ani też nie mógł do spania wykorzystać resztek bunkra na brzegu morza. Nękały go dziecinne lęki: ktoś mógłby mu we śnie nadepnąć na głowę, niechcący. Woda mogłaby nagle wezbrać i go zatopić. A może w bunkrze grasowały szczury.

Z nastaniem zmroku Ed dotarł do północnego krańca wyspy. Wszystkie trzy wsie: Neuendorf, Vitte i Kloster przemierzył już dwukrotnie.

Na tablicy widzianej w porcie (dziwne uczucie znaleźć się w tym samym miejscu, gdzie zszedł na ląd przed południem, przed laty, jak się zdawało) okolica za miejscowością nazywała się Bessiner Haken – rezerwat ptaków.

Noc pod gołym niebem stanie się teraz częścią jego życia, tego Ed był pewny, i dobrze, że tak się to zaczęło, mimo jego lęków. Przy drodze na końcu miejscowości stał zniszczony od podmuchów wiatru drogowskaz z napisem „Instytut Radiologiczny”. Na wzgórzu w oddali, zza topoli prześwitywały zarysy jakiegoś większego budynku. Minął ogromną szopę i szedł dalej wzdłuż płotów, pomalowanych olejem odpadowym. Przy drodze szumiała trzcina, wyższa od niego, stracił więc z oczu wodę; w powietrzu rozlegały się wieczorne krzyki jakichś gęsi. Ostatni dom, porośnięty mchem trzcinowy dach. Warzywny ogródek przypominał Edowi ten jego babci: ziemniaki, kalarepa i astry. Droga z płyt ze zbrojonego betonu, niedbale położonych, nikła w bagnistej łące.

Pierwsza ambona myśliwska wyglądała jak kabina, domek na drzewie, doskonała kryjówka, niestety zaryglowana na trzy spusty. Druga, mniejsza, była otwarta i tak chybotała się na wszystkie strony, że Ed miał wątpliwości, czy jeszcze jej używano. Z trudem wtaszczył torbę na górę. Starał się poruszać jak najciszej. Zebrał trochę drewna, żeby prowizorycznie zabarykadować wejście na platformę na końcu drabiny. Gdy wspiął się tam z kilkoma spróchniałymi konarami, musnęła go smuga światła. Jak rażony gromem Ed rzucił się na ziemię i uderzył czołem o ławeczkę. Leżał jakiś czas bez ruchu. Ciężko oddychał, czuł zapach drewna i piekący ból na czole. Niewielkie rozmiary ambony nie pozwalały na wyciągnięcie nóg. Na myśl przyszła mu Gorączka złota w Klondike, mężczyzna na śnieżnym pustkowiu, któremu w ostatniej sekundzie udaje się rozpalić ogień, ostatnią zapałką, ale potem… Światło po chwili wróciło. Ed podniósł się z wolna i powitał latarnię morską jak starą przyjaciółkę, którą tylko na chwilę stracił z oczu.

– No, a może potrzebujesz jeszcze kogoś?

Snop światła z latarni jednym szarpnięciem rozwinął się i znów zwinął w wachlarz – prawdopodobnie oznaczało to „nie”. Zadziwiające, jak ten pryzmatyczny palec światła potrafił gwałtownie przyśpieszyć, by w następnym momencie zatrzymać się w bezruchu, jakby natknął się na coś, co było ważniejsze niż to nieustanne obracanie się w kółko.

– Tylko tak pytam, czy potrzebna pomoc, na ten sezon? – mamrotał Ed.

Zrezygnował ze swojego planu, żeby jeszcze raz pójść do miejscowości i zjeść coś w jednej z knajp. Jeszcze nie był też w ogóle na plaży. Ale sam fakt, że znalazł się tu, na wyspie… Przez chwilę wsłuchiwał się w mrok dżungli wokół, potem narzucił sweter i kurtkę. Resztę rzeczy, na ile się dało, rozłożył na deskach ambony. Tej nocy było zimno.

U Klausnera
13 czerwca. Ambona tonęła jeszcze w ciemności, gdy podniósł się ogłuszający hałas. W rezerwacie ptaki obudziły się i żądały nadejścia dnia, harmider głosów wrzących oburzeniem i długotrwałych, powtarzanych w nieskończoność narzekań. Jeszcze przed wschodem słońca Ed opuścił swoją kryjówkę i pokłusował w głąb lądu, twarz miał pogryzioną przez insekty, czoło nadal go piekło.

Jego najpilniejszym zadaniem miało być rozpoznanie terenu, przede wszystkim wytropienie lepszego schronienia albo przynajmniej jakiegoś miejsca, gdzie będzie mógł w ciągu dnia bezpiecznie schować swoje rzeczy (ciężką kurtkę Thälmanna, sweter). Poza bajkami i mitami krążącymi na stałym lądzie Ed niewiele wiedział o wyspie, o jej geografii czy o cyklach, w jakich kompania straży granicznej robiła obchód po wyspie. Najpierw wszystko wydawało się przejrzyste: łąki, wrzosowisko i jedna jedyna ulica, w miarę utwardzona betonowymi płytami – to nie był krajobraz obfitujący w kryjówki. Za to kusił las, i wyżyna na północy. Następnej nocy Ed wczołgał się do jednego z wysokich skalnych wgłębień u podnóża klifu. Jego pieczara przypominała szerokie, świeże pęknięcie w ścianie; urwisty stok rozwarł się, by go przyjąć. Nie było tu komarów, ale z gliny kapały mu na kark krople wody. Morze było czarne i prawie nieme, poza powracającymi w równych odstępach odgłosami fal, które wrzały w żwirze między przybrzeżnymi kamieniami – jakby ktoś lał wodę na rozżarzoną płytę kuchenną. W jaskini Eda słychać było całą gamę dźwięków, których źródła nie potrafił rozpoznać. Coś szeleściło nad nim, ale też w glinie. Chwilami słychać było czyjś oddech lub ciche westchnięcie. Z zasobu zapamiętanych wierszy odezwało się kilka wersów, szumiących o tym, jak mała, niemrawa fala Bałtyku naśladuje szept zmarłych. Te poszumy zniechęciły Eda; jeśli chciał potraktować na serio swoją wyprawę (i rozpocząć życie na nowo), będzie musiał z tym walczyć, postanowił więc jeszcze raz zawierzyć własnym myślom.

Zamknął oczy, i po chwili zobaczył człowieka wynurzającego się z fal Bałtyku. Wysokiego, pochylonego dozorcę z instytutu. Czerpał z morza wodę i gasił nią ognisko na plaży. Para buchała, dym się unosił, tymczasem dozorca stawał się coraz cieńszy i bardziej przeźroczysty. Na końcu pozostała już tylko jego twarz. Uśmiechała się z piasku do Eda, odsłaniając zepsute uzębienie, multum omułków, smoły i glonów, i powiedziała:

– Moja obecność się wyczerpała.

Rano rzeczy Eda były przemoczone, strużka wody wyżłobiła na plaży małą deltę. Uformowała glinę, tworząc z niej błyszczące skiby, po których można było wspaniale chodzić. W niektórych miejscach rzeczka się spiętrzała. Ed próbował się napić wody: najpierw klęknął niezdarnie (jak jakieś zwierzę z podniesionym zadem i wysuniętą do przodu głową), a potem rozpłaszczył się na ziemi. Mimo że tuż po wschodzie słońca nie spodziewał się nikogo na plaży, czuł się obserwowany. Jedną ręką odgarnął do tyłu włosy, sięgające mu do ramienia, drugą trzymał w pewnej odległości kamienie, żeby nie wrzynały mu się między żebra. – Życie to nie bajka, tak jest – wymamrotał Ed, naśladując głos swojego ojca, i musiał z tego powodu zachichotać. Udało mu się przeżyć tu drugą noc. Woda miała smak mydła i skisły zapach. Śledził strumień od delty do szczeliny znajdującej się tuż obok jego legowiska. Jakieś zwierzę wbiło w niego wzrok. Był to lis. Strzegł źródła i prawdopodobnie obserwował Eda od dłuższego czasu.

– Aleś mnie przestraszył, ty mały łobuzie – szepnął Ed.

Lis nic nie powiedział ani się nie ruszył. Głowę położył na przednich łapach, jak pies; wzrokiem wybiegał w morze. Wyrwany z korzeniami krzew rokitnika rzucał cień na jego sierść, która miała bardzo świeży i żywy wygląd.

– Ładne miejsce sobie tutaj znalazłeś, stary łobuzie, świetna kryjówka. Bez komarów, świeża woda… Tak czy inaczej, bystrzak z ciebie, co?

Ed rozłożył rzeczy na kamieniach, żeby wyschły, ale zabrakło mu cierpliwości, więc zebrał je z powrotem. Był głodny, w ustach czuł zgniły smak. Bułka, którą kupił w Kloster u piekarza o nazwisku Kasten, zamieniła się w papkę. Ulepił z niej kilka kulek, wyciskając przy tym z ciasta ciecz przypominającą spermę. Żuł je powoli i łykał. Energia, z jaką wyruszył w drogę, zużyła się, za oczami poczuł jakiś kurcz. Nie był to właściwie ból, tylko wspomnienie obgryzionych paznokci. Zapalenie ich łożysk i włóknisty, postrzępiony plaster – palce G. Zastanawiał się, jak długo będzie tak żył. Na ile starczy mu jeszcze sił. Kiedy będzie musiał zawrócić.

– To nie miałoby już żadnego sensu, stary łobuzie.

Strome, zniszczone wybrzeże – nigdy przedtem czegoś podobnego nie widział. Urwiska i nawisy, rodzaj krajobrazu polodowcowego, ogromne zawijane języki gliny na drodze ku morzu. Partie porośnięte roślinnością i gołe, pełne pęknięć i bruzd, szare, gliniaste ściany, miejscami wystawała z nich pochylona głowa cyklopa, który spoglądał na Eda z pogardą. Tyle że on prawie w ogóle nie patrzył w górę, nie obchodzili go cyklopi czy też to, za co należało uznać te kamienne bryły. Ze spuszczoną głową szedł wzdłuż plaży i usiłował podtrzymać małe ognisko rozmowy z samym sobą, podkładając do niego słowa otuchy i dobre argumenty. Własne słowa.

Kawałek dalej na północ nadmorskie zarośla rozstąpiły się, odsłaniając nagle schody. Jakiś metr nad ziemią wisiały w powietrzu betonowe kloce, którymi próbowano umocować w piasku stalową konstrukcję. Gdy Ed kołysał się na pierwszym stopniu, rozległ się wysoki, metaliczny dźwięk. – Jakby stalowa blacha tonącego statku zaczęła cicho dźwięczeć – wyszeptał Ed i przystanął na chwilę; zardzewiałe żelazo zachwiało się groźnie. W końcu doliczył się prawie trzystu stopni (co trzeci zmurszały lub połamany), rozrzuconych na różnych odcinkach i podestach wysokiego na pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt metrów klifu.

Zza sosen przeświecał jasny budynek ze szczytem wyłożonym drewnem. Na pierwszy rzut oka przypominał parowiec na Missisipi, osiadły na mieliźnie, z napędem łopatkowym, który próbował przedzierać się przez las ku otwartemu morzu. Wokół zakotwiczyło kilka mniejszych drewnianych domków letniskowych, otaczających macierzysty statek niczym szalupy ratunkowe. Żeby ten widok nie znikł, Ed starał się go zatrzymać w pamięci: od statku aż niemal pod samą krawędź urwiska ciągnął się brukowany taras ze stołami i krzesłami, takimi jakie zwykle stoją w ogródku piwnym. Zewnętrzne rzędy stołów zadaszono, przypominały one paśniki dla zwierząt w lesie. Na łupkowej tablicy obok wejścia było coś napisane zamaszystym pismem, ale Ed stał jeszcze za daleko. Na lewo od wejścia, nad jednym z podnośnych okien drewnianej przybudówki, należącej do skrzyni kołowej parowca, wisiała mała, sztywna chorągiewka z napisem LODY. Na prawo przymocowano śrubami do środkowej ściany przybudówki ręcznie wykonany szyld: U KLAUSNERA.

Wyspa iluzji

Powieść Lutza Seilera to jedna z piękniejszych i smutniejszych narracji, jakie w ostatnim czasie czytałem. „Kruso” wydobywa się z niedomówień i tajemnic tak jak wyspa, gdzie toczyć będzie się akcja książki, wyłania się z nieprzyjaznej toni Bałtyku. Tego Bałtyku, który pochłonął tak wiele ofiar – uciekinierów z NRD marzących o lepszym świecie dla siebie. Ale sprawa poszukiwania śladów po desperatach przemierzających Morze Bałtyckie tak naprawdę zamyka powieść. Otwiera ją motyw podróży, wędrowania. „Kruso” to nie tylko symboliczna przypowieść o utratach z bardzo czytelnym adresem społeczno-politycznym. To przede wszystkim książka będąca jednocześnie historią inicjacyjną i smutną opowieścią o definiowaniu wolności, jej poszukiwaniu i gorzkich rozczarowaniach na drodze tych poszukiwań. Seiler ujmuje niebywałą poetycką wrażliwością na detale. Oczarowuje klimatem portretowanej wyspy, której rytm nadaje dzika przyroda, ale także pewna zwarta społeczność stawiająca się w opozycji wobec wrogiego reżimu kształtującego codzienność na stałym lądzie. Hiddensee, którą obmywają zimne wody Bałtyku oraz nieustające szepty, będzie przestrzenią duchowej ekspiacji, nawiązania silnych braterskich relacji, przestrzenią jednocześnie naznaczoną różnymi formami przemocy i zmienioną na tyle, że przestaje być bezpiecznym schronieniem. Czy nie chroni jednak przede wszystkim iluzji o dobrym życiu?

Opresyjność państwa ukazuje już jedna z pierwszych scen. Dwudziestoczteroletni Ed postanawia porzucić swoje dotychczasowe życie i udać się na północ. Dyskretna, ale czytelna obecność policji kontrolującej pasażerów na dworcu wyraźnie daje znać, że w tym kraju i w tym czasie każdy poddany jest presji podporządkowania. Społeczność wyspy, na którą dotrze Ed, będzie budować więzi mające stać w opozycji do wszelkich zdeformowanych form życia społecznego. Hiddensee to ucieczka od NRD z zamkniętymi granicami. Tam tworzy się coś bezpiecznego. Tam przygarnia się rozbitków i tułaczy, ucząc ich nowego porządku, oswajając z więzami oraz zasadami życia na wyspie. Tam Ed po raz pierwszy w swoim życiu zazna poczucia przynależności. Tam również pozna przyjaciela, z którym połączy go trudna więź, oparta na skrytym smutku, na potrzebie odbudowania poczucia własnej wartości. Wszystko na gruzach czasu przeszłego, w którym uwięziły się dwie bolesne straty tytułowego bohatera. Ed nie tyle będzie się do niego zbliżał, ile będzie się przede wszystkim uczył – także nowych form wrażliwości, gdy obaj czytać będą poezje Georga Trakla, którego obecność Seiler portretuje tak samo dyskretnie i równie sugestywnie jak obecność wyspy, specyficznego miejsca specyficznych form ukrywania się przed światem.

Ed skrywa w sobie chłopięcą nieudolność, delikatność i wrażliwość, a także pewien uważny sposób oglądania świata, w którym widzi się co innego niż reszta. Ed jest uciekinierem od samego siebie. Trudno jednoznacznie orzec, czego poszukuje. Widzimy jednak, co odnajduje. Bliskość w zamkniętej społeczności skupionej wokół funkcjonowania pewnego pensjonatu na wyspie. Edgar wkracza w życie tych, którzy ustalili sobie własne reguły, określili symbole, mają specyficzny sposób porozumiewania się i inną niż Ed wrażliwość. Kim są? Kogo przygarnęła wyspa i jaki jest jej status w tej powieści? Hiddensee to nie tylko przestrzeń, w której rozpaczliwie łączą się ze sobą tymczasowość trwania i pragnienie odnalezienia wiecznego spokoju. To także miejsce, do którego na różnych etapach życia dotarli życiowi wędrowcy. Uciekinierzy. Bo w NRD każdy jest uciekinierem. Ed przybywa na wyspę w czerwcu 1989 roku. Nie ma pojęcia o tym, co wydarzy się jesienią. Nie będzie się spodziewał, jak szybko i gwałtownie rozpadnie się bezpieczne status quo zbudowane przez życiowych outsiderów.

Lutz Seiler w swej niespiesznej narracji opowiada o potrzebie zrzucenia z siebie reżimowego jarzma i o trudności pogodzenia oczekiwań z tym, jaki kształt ma rzeczywistość, w której trzeba funkcjonować. Kruso jest charyzmatyczną postacią ogniskującą w sobie pewną ideę wolności absolutnej. Przybysz ze Wschodu przynosi stamtąd inne rozumienie tego, co znaczy wolność. Tworzy specyficzną nomenklaturę do opisu systemu ratowania ludzi. Darowania im wolności, o jakiej mogliby tylko pomarzyć. I ten wielki idealista, nieprzystępny i jednocześnie wzbudzający ufność Eda, będzie w tej powieści postacią najbardziej tragiczną. Seiler nie pozwala nam zbliżyć się do Aleksandra Krusowicza, ale jemu samemu umożliwia kontakt z tą sferą przeżyć, która być może byłaby niewyrażalna, gdyby nie obecność młodego Eda. Razem poszukają wolności na wyspie, która nie jest przecież wolna od precyzyjnie skonstruowanego systemu kontroli. Znudzeni żołnierze wciąż są jednak żołnierzami. Inwigilacja tak naprawdę nie omija Hiddensee. Omija tych, którzy się tam zakotwiczyli. Tych, którzy ulegną instynktom oraz emocjom zapowiadającym katastrofę…

Ta przesycona poetyckością narracja łączy w sobie elementy magiczne z bolesnym doświadczaniem lęku egzystencjalnego. Niewyrażalnego tak samo jak tęsknoty tytułowego bohatera. „Kruso” to pasjonujące studium jednostki będącej składową wszelkich traum, które usiłuje przekuć w konstruktywne doświadczenia dające siłę. Kto jest silniejszy – Ed czy Kruso? Czy ich przyjaźń nie będzie po części konfrontacją? Czyje idee będą ścierać się na bałtyckiej wyspie i komu autor przyzna prawo do tego, by zrozumieć więcej w samym sobie? Lutz Seiler nie oszczędza swoich bohaterów, ale daje im jednocześnie tę idylliczną przestrzeń, w której wszystko można rozważyć, przeanalizować. Miejsce prawdziwego zatrzymania się. Bo w NRD specyficznie przemierza się przestrzeń – nie ma wędrówek, są przede wszystkim różne formy ucieczki. Podążanie ku wolności, którą egzemplifikują tutaj nie tylko rozmowy, ale też czytelne sytuacje definiujące wolnego i niezależnego człowieka. A jednak jest w „Kruso” tak wiele nostalgii i smutku, że odnieść można wrażenie, iż to powieść przede wszystkim o przegranych. Seiler jest bardzo niejednoznaczny. I mierzy nas z wrażliwością przede wszystkim męskiego świata, będąc szowinistą być może tylko przypadkowo, gdy bohaterki określa inicjałami, a bohaterom daje nie tylko imiona, ale także wiarygodne biografie.

„Kruso” to książka o pewnym rodzaju zatrzymaniu czasu. W sobie. To nie jest powieść, którą kartkuje się szybko, nerwowo. Niemiecki autor proponuje nam niespieszną wędrówkę po przestrzeni, w której najboleśniej ujawniają się deficyty ludzi skazanych na opresyjny system. Ludzi wołających do siebie o pomoc i niezdolnych do pomocy samym sobie. Seiler opowiada o tym, co mogłoby być trwałe i czego nie trzeba byłoby się bać. Ale pokazuje też oblicza ludzkiego strachu. Oblicza ucieczek przed nim. Ta powieść opowiada o próbach wydobywania się z mentalnych ograniczeń, ale także o ograniczeniach, które stworzyły państwo opresji. Bardzo wartościowa i zapadająca w pamięć opowieść.

Jarosław Czechowicz, Krytycznym Okiem, http://krytycznymokiem.blogspot.com/2017/03/kruso-lutz-seiler.html
Język publikacji polski
Tytuł oryginału Kruso
Język oryginału niemiecki
Tłumaczenie Dorota Stroińska
ISBN: 978-83-233-4227-4
e-ISBN: 978-83-233-9927-8

POLECANE KSIĄŻKI

Anna Kałuża

Splątane obiekty

(Oprawa miękka ze skrzydełkami)

39,90 zł
35,91 zł
Christoph Ransmayr

Cesarski zegarmistrz

(Oprawa miękka ze skrzydełkami)

39,90 zł
29,93 zł
Josef H. Reichholf

Motyle

(Oprawa miękka ze skrzydełkami)

49,90 zł
44,91 zł
red. Krystyna Slany, Justyna Struzik, Magdalena Ślusarczyk, Beata Kowalska, Marta Warat, Ewa Krzaklewska, Ewelina Ciaputa, Anna Ratecka, Agnieszka Król

Utopie kobiet

(Oprawa miękka)

39,90 zł
35,91 zł

NOWOŚCI

Dorota Korwin-Piotrowska

Eutoryka

( Oprawa miękka )

39,90 zł
35,91 zł
Cezary Woźniak

Heidegger

( Oprawa miękka )

37,80 zł
34,02 zł
Niedostępny
red. Ewa Data-Bukowska , Maria Rey-Radlińska

Filologiskt smorgasbord 4

( Oprawa miękka )

37,80 zł
34,02 zł
Sonia Kamińska

Brentano i jego Arystoteles

( Oprawa miękka )

39,90 zł
35,91 zł
39,90 zł
35,91 zł
Piotr Marecki , Yerzmyey , Robert „Hellboj” Straka

Demoscena ZX Spectrum

( Oprawa zintegrowana )

39,90 zł
35,91 zł
Wacław Rapak

Henri Michaux. Dzieło wyobraźni

( Oprawa miękka )

39,90 zł
35,91 zł
Grzegorz Jankowicz

Życie w kuli

( Oprawa miękka ze skrzydełkami )

39,90 zł
35,91 zł
red. Krystyna Slany , Justyna Struzik , Magdalena Ślusarczyk , Beata Kowalska , Marta Warat , Ewa Krzaklewska , Ewelina Ciaputa , Anna Ratecka , Agnieszka Król

Utopie kobiet

( Oprawa miękka )

39,90 zł
35,91 zł
Rozalia Słodczyk

Ekfraza, hypotypoza, przekład

( Oprawa miękka )

39,90 zł
35,91 zł
red. Janina Kostkiewicz

Crime without Punishment…

( Oprawa miękka )

46,20 zł
41,58 zł
Riku Onda

Pszczoły i grom w oddali

( Ebook )

47,99 zł
33,59 zł
Wiktor Dziemski

Słodki owoc duchowego pocieszenia

( Oprawa miękka )

39,90 zł
35,91 zł
Seth J. Gillihan

Wytrenuj swój mózg

( Oprawa miękka ze skrzydełkami )

47,85 zł
43,07 zł
Stanley Rosenberg

Terapeutyczna moc nerwu błędnego

( Oprawa miękka ze skrzydełkami )

46,99 zł
42,29 zł
Niedostępny
red. Mateusz Falkowski , Piotr Graczyk , Cezary Woźniak

Estetyka / inestetyka

( Oprawa miękka )

39,90 zł
35,91 zł
Claire L. Evans

Pionierki Internetu

( Oprawa miękka ze skrzydełkami )

47,99 zł
43,19 zł
red. Katarzyna Wrońska

Dobra edukacji i ich pedagogiczna eksploracja

( Oprawa miękka )

39,90 zł
35,91 zł
Don Kulick

Śmierć w lesie deszczowym

( Oprawa miękka ze skrzydełkami )

44,90 zł
40,41 zł
red. Brigitte Gautier , Maciej Urbanowski

Zbigniew Herbert i poetyka daru

( Oprawa miękka )

39,90 zł
35,91 zł

Ta strona wykorzystuje pliki cookies.

Dowiedz się więcej...